niedziela, 4 kwietnia 2010

Kraina łagodności.

Nie zawsze możesz mieć co chcesz...
Warto wrócić. Warto na nowo odkrywać magię dziecieństwa. Zobaczyć, że te wszystkie wielkie
góry, stały się nagle małe i płaskie. Poczuć, że wcale nie masz za sobą wielkiej przegranej,
a moc wspomnień.
Udało mi się. Usłyszałam ciszę, przerywaną jedynie śpiewem ptaków. Mogłam usłyszeć siebie.
Czy potrzeba wiele słów? Chyba nie.
Co to jest wolność? To brak ograniczeń. Nie chcę ograniczać się dziką pogonią, bo to nie ja.
Biegnąc w dorosłość gubimy siebie. Zakładamy blokady na swoje "ja", bo wydaje nam się, że
ono ograniczy nam to by dojść dalej i dostać więcej. Ale czy o to chodzi? Co zyskam, gdy
zgubię siebie? W życiu, mogę wygrać jedynie swoja JA. Nic więcej. I nic więcej nie mogę
stracić.
Bo co? Wszystko mam. Bóg dał mi zielone pagórki, powiew wiatru, śpiew ptaków. Ciepłe ramiona
i ciepłe, miękkie usta, które dają mi poczucie bezpieczeństwa.
Na nowo uczę się oddychać. Nucę pod nosem zapomniane piosenki.
Piosenki o wolności.

Znalazłam siebie, w tych górach, w tych drzewach...
I nie chcę gubić więcej.
Trzymamy kciuki, tak?
Spokój, spokój, spokój.
I nic więcej nam nie trzeba.
Oddycham.
Kocham.
Żyję.
Jestem.


Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce
Cień ręki na murawie, a wszystko niczyje
Ledwo się zazieleni, już ufa że żyje

A jak dumnie się modrzy u ciszy podnóża
Jak buńczucznie do boju z mgłą się napurpurza
A jest go tak niewiele, że mniej niż niebiesko
Nic prócz tła, biały obłok z czerwoną przekreską

Dal świata w ślepiach wróbla spotkanie traw z ciałem
Szmery w studni, ja w lesie, byłeś mgłą - bywałem
Usta twoje w alei, świt pod groblą, w młynie
Słońce w bramie na oścież, zgon pszczół w koniczynie


Chód po ziemi człowieka, co na widnokresie
Malejąc mało zwiewną gęstwę ciała niesie
I w tej gęstwie się modli i gmatwa co chwila
I wyziera z gęstwy w świat i na motyla